To jest Kenia tak bardzo, że pijesz i nie masz wątpliwości!
Gdyby ta kawa miała zabrzmieć jak muzyka, musiałaby być zespołem pieśni i tańca „Jagódki”. Napar tak soczysty i owocowy, że jest wspomnieniem najlepszego lata. Do tego smak jest tak kompleksowy i soczysty, że towarzyszy nam jeszcze długo po wypiciu dripa!
Nic dziwnego – jest wspaniale przeprocesowana. Wygląda to w następujący sposób: gdy już pestki zostaną wyciągnięte z wiśni kawowca, kawa fermentuje przez cały dzień i noc. Następnie jest myta i znowu trafia do silosów, gdzie po raz drugi zachodzi proces fermentacji – z tym, że tym razem trwa od 12 do 24 godzin. Po tej fazie następuje kolejne mycie, ziarna płyną w specjalnie przygotowanych rynnach i po raz kolejny wyławia się te niedojrzałe. Następnie kawa jest zanurzona w czystej wodzie na 24h, a następnego dnia wyciągana z wody, rozkładana na łóżkach i suszona od 5 do 10 dni – tutaj ogromne znaczenie ma pogoda, której nikt nie może przewidzieć. Minimalne opady deszczu potrafią zepsuć cały proces – tu się to nie wydarzyło!
Kawa paliła się jak po sznurku, była bajecznie prosta w obsłudze, już pierwszy piec dał nam owocowy koktajl!
Uwielbiam dokładać swoje 5 groszy do takich kawek, paląc je szybko i agresywnie – inaczej niż kawy z Ameryki Centralnej. Wiem, że to tylko część całego procesu obróbki ziaren, ale mam też poczucie, że całość zaszła tu fenomenalnie!

